W sumie to od dziecka szyłam pluszaki a potem posłania dla fretek. Wtedy miałam pierwszą z przygód.
Rozstawiłam maszynę mojej mamy - stary łucznik, spięłam szpilkami wykrojony wcześniej hamaczek w czym wybitnie starał się mi pomóc moja fretka. Jakoś udało mi się nie przypiąć do tego hamaka ani jej ani mnie. Zadowolona wkładam materiał pod maszynę i lecimy. Moja równie zadowolona Kawa postanowiła że na tym etapie też będzie pomagać. W tym celu skoczyła mi na nogi i zaczęła się wspinać do góry. Zaskoczona wetknęłam palec gdzie nie trzeba i cóż - wyciąganie igły głęboko wbitej w palec nie było najprzyjemniejszym momentem mojego życia...
To był pierwszy i ostatni raz jak szyłam w obecności fretek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz